Rajdy pustynne to kwintesencja cross-country. Na pustyni bowiem naprawdę ma się do czynienia z tym, czego próżno szukać w innych dyscyplinach motorsportu – pokonywaniem prawdziwych bezdroży. Ale jazda po pustyni to wyższa szkoła jazdy, tego się trzeba nauczyć, żeby móc czerpać prawdziwą przyjemność. Maciek Marton, który ma już na swoim koncie wiele tysięcy kilometrów przejechanych po takich otwartych przestrzeniach, jak mantrę powtarza, że żeby móc się z pustynią zmierzyć, trzeba mieć do niej respekt.

Od dziecka interesowałeś się samochodami, rajdami. Już wtedy też ciągnęło Cię do rajdów pustynnych?

– Rajdy pustynne niekoniecznie. Chwilę przed komunią dostałem od taty motorynkę, potem na komunię pierwszy motocykl crossowy i tak naprawdę do 11-12. roku życia w ogóle nie interesowałem się samochodami, tylko motocyklami. A potem interesowałem się rajdami drogowymi, WRC, Mistrzostwami Polski. Były to akurat, moim zdaniem, najlepsze lata rajdów drogowych, jeśli chodzi o Polskę, także było się czym interesować. Można było śledzić walkę takich kierowców, jak Kuzaj, Kulig, Kuchar, Hołowczyc i naprawdę dużo się działo. A rajdami pustynnymi nie interesowałem się w ogóle.

Ale w końcu się nimi zainteresowałeś. Skąd to się wzięło?

– Zainteresowałem się dopiero w momencie, kiedy okazało się, że mój tata jedzenia Rajd Dakar. Początkowo miał jechać w roli mechanika, a potem okazało się, że jedzie jako pilot i od tego momentu zacząłem oglądać jakieś relacje na Eurosporcie, kasety z innych rajdów. Potem mój tata zaczął jeździć z Łukaszem Komornickim w Pucharze Świata i tak naprawdę dopiero od jakiegoś 2003, 2004 roku zacząłem się interesować rajdami pustynnymi.

I od razu Ci się te rajdy spodobały, czy dopiero wtedy, kiedy sam się wybrałeś na pustynię?

– Interesował mnie Rajd Dakar, wyjazd do tej Afryki, teren, którego w ogóle u nas w Polsce nie ma, inny, ale na początku bardziej z myślą, żeby kiedyś tam pojeździć sobie motocyklem, a nawet nie marzyłem, żeby wystartować. Potem były piękne walki teamu Mitsubishi, Nissana ze Schlesserem i innymi prywaciarzami, zaczął się liczyć Volkswagen i X-raid, pierwsze diesle do cross-country i zacząłem marzyć, żeby kiedyś pojechać i na żywo obejrzeć te samochody. To był już rok 2003, 2004, kiedy zaczęły się moje pierwsze zainteresowania rajdami pustynnymi.

W końcu sam zacząłeś na nie jeździć i chyba Cię wciągnęło, bo masz tych rajdów na koncie sporo. Z jakimi kierowcami i na jakich pustyniach miałeś okazję się pobawić?

– Myślę, że najwięcej z Mirkiem Zapletalem, z którym jeszcze długo, długo będę miał na koncie największą liczbę rajdów, w jakich wystartowałem, ponieważ w 2012 roku, kiedy zacząłem moją przygodę z Mirkiem, jeździliśmy plus-minus 20 rajdów rocznie, do 2016 roku, kiedy nasza współpraca jako załogi rajdowej się zakończyła. Myślę, że zrobiliśmy około 70 rajdów, w dużej mierze pustynnych. Byliśmy razem na przepięknym Rajdzie Faraonów w Egipcie, który w różnych konfiguracjach czasami startował z Aleksandrii, czasami z Kairu, czasami z El Ghouny, ale zawsze przecinał środkową pustynię Egiptu, myślę, że to jedna z najpiękniejszych pustyń. Oczywiście Rajd Maroka, środkowa Sahara. Oprócz tego, byliśmy na malutkiej pustyni na Ukrainie, pod miejscowością Herson – wtedy jeszcze cały tamten rejon należał do Ukrainy – i tam też byliśmy na rajdzie pustynnym, co jest ciekawostką, bo myślę, że niewielu ludzi wie, że tam jest jakakolwiek pustynia. Byliśmy w Rosji, na wydmach rosyjskich podczas rajdu Silk Way, ale to też z Hanią Sobotą. No i oczywiście w 2016 roku przejechaliśmy pustynię Atakama w Argentynie, także tutaj mieliśmy wspólny epizod w Ameryce Południowej. Oczywiście także Africa Eco Race i chyba jedno z moich największych przeżyć, jeśli chodzi o obcowanie z pustynią, czyli utknięcie na niej na prawie 3 doby na jednym z mauretańskich odcinków w środku największych, najcięższych wydm. Wybuchł nam silnik w naszym Hummerku, była to jeszcze starsza jednostka, czterolitrowa V6. Nie dało się nic zrobić. Dźwięk był tragiczny, natomiast, jak to zawsze bywa, liczyliśmy, że coś da się zrobić, ale jak zobaczyliśmy dziurę w bloku i wystający korbowód, to wiedzieliśmy, że czekają nas problemy. Także na tej pustyni 2 doby spałem, czekając na pomoc organizatora. Trzeba też zaznaczyć, że pustynia w Mauretanii środkowej jest zupełnie, zupełnie inna niż w Maroko. Do tego jeszcze Półwysep Arabski – tam mamy chyba moją ulubioną pustynię w Emiratach Arabskich i w Arabii Saudyjskiej. Co prawda mój start z Mirkiem, gdzie udało nam się wygrać, w H’ail Rally, był zupełnie po drugiej stronie, to nie były te same wydmy, co w Emiratach, natomiast też zaliczyliśmy kilkadziesiąt kilometrów po wydmach w H’ail, w miejscach, gdzie obecnie rozgrywany jest Dakar. No i oczywiście Abu Dhabi Desert Challenge, w którym udało nam się z Mirkiem w chyba najlepszym naszym starcie wywalczyć 3 miejsce. To też była ciekawa sytuacja, bo my z Mirkiem byliśmy na 3 miejscu, a mój tata z Adamem Małyszem byli na drugim miejscu, także mieliśmy rodzinne podium. I ta pustynia w Emiratach Arabskich to chyba jest jedna z moich ulubionych.

Mówisz, że tę pustynię lubisz bardziej, inną mniej. Gdy się słyszy „pustynia”, to na myśl przychodzi po prostu morze piasku, a jednak każda pustynia ma inną charakterystykę i dosyć mocno się między sobą różnią, prawda?

– Tak. To, co każdy wie z jakichś podstawowych lekcji geografii w szkole, to to, że mamy różnego rodzaju pustynie: piaszczyste, kamieniste, mamy stepy, pustynie skaliste – przekleństwo Rajdu Faraonów. Ale tak naprawdę każdy rodzaj pustyni można jeszcze podzielić na wiele drobniejszych wersji. W samym Maroko mamy kilka rodzajów piachu – ten piach może być bardziej miękki, bardziej twardy, grubszy, drobniejszy, mogą być wyższe wydmy, bardziej twarde w okolicach Merzougi, bardziej miękkie, drobniejsze w okolicach Zagory. Myślę, że tak naprawdę nie ma dwóch takich samych pustyń. Najbardziej podobne są chyba w Emiratach Arabskich, ponieważ ta w okolicach Dubaju i ta w środku pustyni, gdzie jest baza rajdu Abu Dhabi Desert Challenge, są bardzo, bardzo podobne. Natomiast już jeśli spojrzymy na pustynie marokańskie, czyli np. porównując chyba najsłynniejszy obóz treningowy – Merzougę do Zagory czy Ouarzazat, to już mamy zupełnie inną pustynię, zupełnie inne wydmy, inną charakterystykę. Na naszym poziomie rozpoznajemy wiele typów samych wydm, ponieważ podstawą w sprawnym ich pokonaniu jest m.in. ustawienie odpowiedniego ciśnienia w oponach, oprócz tego bardzo ważne czynniki to częstotliwość deszczu, wilgotność powietrza oraz siła i kierunek wiatru. Myślę, że tak naprawdę każde miejsce jest inne i nigdy nawet w tym samym miejscu warunki nie są identyczne.

Każda pustynia w takim razie wymaga innej techniki jazdy?

– Oczywiście, różnice w jeździe są olbrzymie. Zawsze jest już łatwiej, jeżeli się przyjeżdża na daną pustynię drugi raz, ponieważ już wiesz, czego możesz się spodziewać. Jest ogólnie kilka podstawowych zasad jazdy po pustyni, po wydmach, o których trzeba pamiętać. Tym, co najczęściej powtarzam swoim kierowcom, jeśli jeżdżę z kierowcami mniej doświadczonymi, czy ludziom, dla których prowadzę szkolenia z jazdy po wydmach, jest to, że przede wszystkim do pustyni trzeba mieć respekt. Jeśli nie masz tego respektu i nie szanujesz jej, masz zbyt gorącą głowę wjeżdżając na pustynię, to najprawdopodobniej szybko skończysz swoją jazdę i nie mówię tu o zakopaniu, tylko bardziej o jakimś walnięciu stempla, czy dachowaniu, czy jakichś takich bardziej przykrych historiach. Są więc podstawowe zasady, natomiast wszystko zależy od tego, jakie jest ukształtowanie terenu, jakim dysponujemy autem. Ja jeździłem już po pustyni chyba wszystkim, czym się da: od leciwych t-dwójek po topowe t-jedynki, auta typu buggy, ciężarówki, czy UTV, które, moim zdaniem, są tym, czym najprościej się da pokonać pustynię, najwięcej wybaczają, kierowca może być mniej doświadczony, żeby bezpiecznie przejechać UTV-em pustynię. Nie ma więc złotego środka na to, jak jeździć po pustyniach, natomiast ważny jest respekt i podstawowe zasady bezpieczeństwa przemieszczania się po nich.

Nawigacja na pustyni też odgrywa ogromną rolę i jest zupełnie inna od tej, jaką znamy z naszych rajdów europejskich typu baja, prawda?

– Styl nawigacji pustynnej jest moim ulubionym. Najczęściej nie jeździmy po drogach, po szlakach, tylko po otwartym terenie na kierunki geograficzne, używając GPSa jako kompasu i metromierza. W zależności, jak organizator przygotuje tę nawigację, ona może być bardzo prosta, ale może też być bardzo skomplikowana. Myślę, że tu główną zasadą jest rodzaj i częstotliwość rozmieszczenia waypointów, ponieważ, jak większość ludzi wie, bardzo ciężko na pustyni jechać po prostu na wprost, trzeba szukać jak najlepszej drogi, walczyć o przetrwanie i jak najszybszą linię, także nigdy nie ma idealnej prostej linii przejazdu, tylko zawsze się troszkę jedzie w prawo, troszkę w lewo, ucieka się od tej swojej perfekcyjnej linii nawigacyjnej. Także ta nawigacja może być bardzo łatwa – jeśli mamy waypointy typu WPS, które od tego Dakaru odpalają się od 800 m, co 2-3 km, to stosunkowo łatwo jest w nie trafić. Gorzej, jeśli mamy waypointy typu WPC (ukryte), po kilkanaście kilometrów między sobą – zdarzają się na rajdach nawet takie odległości po kilkadziesiąt kilometrów między waypointami bez dodatkowych informacji, tylko kierunek. W wydmach jest bardzo, bardzo trudna wtedy nawigacja, trzeba cały czas korygować kierunek i pilnować, żeby trafić w ten waypoint z tak dużej odległości.

Z tego, co wiem, piloci mają swoje triki nawigacyjne, jak np. rozpoznawanie twardości piasku po kolorze. Ty też masz takie swoje triki?

– Oczywiście, po tylu latach jazdy po pustyniach i przede wszystkim po tylu kilometrach, bo moja kariera nie trwa jeszcze 10 lat, ale ta ilość kilometrów, którą zrobiłem, jest znaczna, mam jakieś swoje pomysły na to. Nie zawsze oczywiście, ale w większości przypadków udaje mi się rozpoznać, która droga będzie lepsza, czy ten piasek może być twardszy, czy ukształtowanie terenu lepiej nam pozwoli na przejechanie danego odcinka, ale to wszystko zależy od auta, przede wszystkim, i kierowcy, z którym się jedzie, bo jadąc dobrym autem z doświadczonym kierowcą to w ogóle jestem zwolniony z takiego myślenia o tym, którędy tutaj jechać, jak najlepiej się przebić przez tę pustynię. A jadąc czasami słabszymi autami, z mniej doświadczonymi kierowcami to zdarzały się takie historie, że kierowca metr po metrze jedzie tam, gdzie mu mówię, jest to dla mnie dosyć męczące, bo cały czas trzeba mówić, cały czas trzeba korygować – tu w prawo, tu w lewo, tu na ten szczyt pojedź, tu tym trawersem. To jest taka dodatkowa praca pilota, która generuje zmęczenie psychiczne tym ciągłym mówieniem, ale takie historie się też zdarzają.

Jednym z takich kierowców, którzy są jakby urodzeni na pustyni i z tą pustynią bawią się jak mało kto, jest Nasser Al-Attiyah, którego często nazywa się królem pustyni. A kto dla Ciebie jest takim królem pustyni?

– Dla mnie jest dwóch takich królów – Nasser Al-Attiyah i Stephane Peterhansel. Ciężko dzisiaj porównywać, który jest lepszy, ponieważ myślę, że Stephane jest już bliżej końca swojej kariery, swoje starty bardziej traktuje na luzie, a Nasser jest, można powiedzieć, w ogniu, w rozkwicie teraz. Trzeba pamiętać, że Nasser Al-Attiyah, jak zaczął startować, to startował w czasach, kiedy mieliśmy całe serie wygranych Rajdów Dakar przez Stephane’a Peterhansela w teamie Mitsubishi, także Nasser dopiero się wtedy oswajał z tymi rajdami. Natomiast na pewno jego olbrzymią przewagą jest to, że mieszka w kraju, gdzie może praktycznie codziennie sobie jeździć po wydmach, bo Peterhansel nie ma takiej możliwości. Ale też ilość rajdów i kilometrów, wcześniej motocyklem, potem autem, którą Stephane zrobił, na pewno wiele mu daje. Myślę, że gdybyśmy mieli wybrać jednego, który jest lepszy, to byłoby ciężko, bo ciężko jest ich porównać. Nie są oni obaj teraz w takim „pełnym uderzeniu”. Miałem okazję jeździć z Nasserem podczas testów Toyoty po wydmach – mam wrażenie, jakbyśmy jechali po zwykłej drodze po bułki, nic się nie dzieje, on z tobą gada, opowiada, a jedziesz tak szybko po wydmach, jak z nikim innym. Ze Stephanem Peterhanselem nie miałem okazji jechać, ale kilkukrotnie spotykaliśmy się gdzieś na pustyni, nawet w 2019 roku, kiedy jechałem z Aronem Domżałą, dogonił nas na wydmach, próbowaliśmy się za nim chwilę utrzymać, ale naprawdę sprawiał wrażenie, jakby był tam już 10 razy i dokładnie wiedział, gdzie jechać, a my jednak musieliśmy jechać czasami trochę wolniej, trochę odpuszczać i po paru kilometrach nam zniknął. Obaj kierowcy – Nasser i Stephane – prezentują prawdziwy kunszt jazdy po wydmach.

A z takimi umiejętnościami to trzeba się urodzić, czy da się każdego nauczyć? Prowadzisz szkolenia z jazdy po pustyni – zdarzyła Ci się taka sytuacja, że stwierdziłeś, że ktoś się po prostu do tego nie nadaje?

– Wydaje mi się, że nie ma czegoś takiego, że ktoś się albo urodził do jazdy po pustyni, albo nie. Przede wszystkim podstawową rzeczą jest dosyć zaawansowana umiejętność prowadzenia auta, ponieważ na pustyni trzeba wiedzieć, co auto potrafi, na co można sobie nim pozwolić i czasami bardzo szybko nim operować – gaz, hamulec, kręcenie kierownicą w lewo, w prawo. Zatem przede wszystkim musi to być kierowca, który czuje samochód i dobrze sobie radzi z tym samochodem. To jest podstawowa rzecz. Druga rzecz – najgorsza i najlepsza, z jaką się czasem spotykam – to jest właśnie to, czy ktoś podchodzi z respektem do tej pustyni, czy próbuje udowadniać, że on tu jest najlepszy i że on się niczego nie boi. Z takimi kierowcami nie lubię jeździć, ponieważ sam boję się z nimi jechać. Zdarzały się na szkoleniach takie przypadki, że kazałem kierowcy zjechać i mówiłem, że jeśli się nie uspokoi, nie zacznie mnie słuchać, nie przestanie wariować po tej pustyni, to ja już po prostu z nim do auta nie wsiądę, bo kolejne dachowanie, których już miałem wiele, nie jest mi do niczego potrzebne. Zdarzyła się też taka historia, że jeden z klientów w takiej sytuacji stwierdził, że jak tak mu mówię, to on nie będzie jeździć w ogóle. Ale większość jednak nabrała tej pokory i niektórzy szybciej, niektórzy później jednak nauczyli się jeździć po tych wydmach. Jeśli ktoś dobrze prowadzi auto, ma respekt do pustyni i słucha, co się do niego mówi, to prędzej czy później – to też zależy od umiejętności przyswajania przez danych ludzi wiedzy i czucia – myślę, że się nauczy jeździć po wydmach.

I będzie tak surfował po tych wydmach, jak to czasem oglądamy w relacjach czy filmikach z rajdów? Mnie się to niesamowicie podoba. Jakie to jest uczucie, jak się tak po tych wydmach surfuje?

– Jak się pewnie domyślasz, jest to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jeśli chodzi o całe rajdy cross-country. Jak jedzie się dobrym tempem po pustyni, po wydmach, płynnym tempem, to jest jedna z najpiękniejszych rzeczy. Ale czy każdy się tego nauczy? Myślę, że wiele tutaj zależy od umiejętności prowadzenia i też od pewnego przełamania danego kierowcy, jeśli chodzi o jego strach i zaufanie do auta i tego, że to się po prostu uda, bo często strach u tych kierowców wynika po prostu z braku możliwości oceny, co to auto potrafi i jak działa fizyka. Fizyka jest nieubłagana, jeśli chodzi o jazdę po wydmach. Często ludzie nie wiedzą, jak działa siła odśrodkowa, nie czują prędkości, wagi auta, jak ono się zachowuje przy danej prędkości. Jeśli ktoś tego w głowie nie potrafi sobie tego odwzorować i wykorzystać przy tej jeździe po wydmach, to nigdy takiej płynności i takiego pięknego surfowania po wydmach się nie nauczy. Ale większość kierowców jest w stanie.



AM

Fot. Arch. pryw. Maćka Martona